Tu wykuwała się świętość

Święta Rita wciąż chodzi po Roccaporenie - krząta się w swym małżeńskim domostwie, zagląda do domu rodziców, regularnie bywa w miejscowym szpitaliku i, rzecz jasna, odwiedza kościół. Nietrudno też spotkać ją w drodze na górującą nad wsią skałę albo już na samym jej szczycie. A wtedy: sza! Za chwilę zjawią się trzej święci, by ją przenieść do klasztoru...

Ritę z Cascii słusznie kojarzymy przede wszystkim z miejscem, z którym nierozerwalnie związał ją katalog świętych. Tam też w pierwszej kolejności kierujemy swe pielgrzymie kroki.  A nawiasem mówiąc, pielgrzymka to niełatwa - wdrapanie się na wysokość sześciuset pięćdziesięciu metrów nad poziom morza przez całe wieki mocno doświadczało mięśnie pielgrzymów, dziś zaś wystawia na próbę nerwy kierowców, którzy muszą się katulać po wąskim i zaniedbanym pasie marnego asfaltu ze średnią prędkością około czterdziestu kilometrów na godzinę (zasnąć na szczęście nie pozwalają tubylcy śmigający po tych umbryjskich drożynach z dezynwolturą wypisaną na odrapanych bokach ich samochodów...).




Do Cascii jedzie się odwiedzić świętą Ritę - trudno sobie wyobrazić, by ktoś chciał tu przybyć w celach turystycznych, ale o tym za chwilę.
Do Rity zawozi się swoje beznadziejne sprawy, aby ta niezawodna pośredniczka w tej właśnie, nader delikatnej sferze skutecznie przedłożyła je Temu, dla którego "nie ma nic niemożliwego" (Łk 1, 37).

Można wszystkie owe nieuleczalne cierpienia, nierozwiązywalne problemy, nieutulone żale powierzyć jej twarzą w twarz - ciało świętej spoczywa wszak w przezroczystym sarkofagu, kilkanaście kroków na lewo od głównego wejścia do bazyliki. Do roku 1703 pozostawało w stanie nietkniętym rozkładem; później - być może wskutek przeniesienia trumny w inne miejsce z powodu trzęsienia ziemi, które praktycznie zniszczyło Casię - rozpoczął się proces dekompozycji. Fakt ten odkryto w roku 1745 przy okazji przenosin ciała błogosławionej do wspaniałej trumny ufundowanej przez hiszpańską parę królewską jako wotum wdzięczności za narodzenie długo wyczekiwanego potomka. Do dziś twarz, dłonie i stopy świętej Rity zachowały się w stanie naturalnej mumifikacji. Nie przeszkadza jej to jednak od czasu do czasu się poruszyć - liczne świadectwa potwierdzają, iż czasami zmienia pozycję: obraca głowę do modlących się albo cała zwraca się ku nim, otwiera oczy...

Osobiście nie doświadczyłem żadnego z powyższych zjawisk, choć trochę czasu spędziłem przed sarkofagiem - ba, w ogóle nie miałem o nich pojęcia; że takowe czasami zachodzą, dowiedziałem się już po powrocie do domu. I bardzo dobrze, bo z pewnością zamiast skupić się na modlitwie w intencji trudnej sprawy, z którą tam przybyłem, cały oddałbym się uważnej obserwacji, usiłując dostrzec choćby najlżejsze oznaki ruchu: o, czyżby drgnęła jej powieka, czy nie kiwnęła palcem... zaraz, zaraz, o teraz - chyba się lekko uniosła...

Duch jak tramontana

Jako się rzekło, trudno sobie wyobrazić, by ktoś chciał przyjechać do Cascii w celach turystycznych. Nie ma tu specjalnie wiele do oglądania - parę kościołów, owszem wiekowych, acz zdecydowanie nienachalnych z urody, kilka wąskich uliczek, również nieprzytłaczających wdziękiem - ot, nieduże miasteczko jakich setki od szczytu cholewy do fleka na obcasie włoskiego buta. "Nothing to write home about" - jak mawiają Anglicy.

Jeżeli zaś chodzi o ducha świętej Rity, jego też nie znajdziemy w mieście. Historię niezwykłej augustianki opowiadają pamiątki zgromadzone w konwencie świętej Marii Magdaleny, w którym spędziła drugą połowę życia. Jej sanktuarium - "bazylika jak dziękczynna laurka:, by użyć jakże trafnego sformułowania autorki syntetycznej biografii świętej, wydanej przez Instytut Księdza Piotra Skargi - też robi, co może, choć z punktu widzenia estetyki nie wykracza poza standardy XX stulecia (owszem, jego lepszej w tym aspekcie, pierwszej połowy), ale to tyle.

Z drugiej strony jednak może rządzi tym jakaś głębsza sprawiedliwość - skoro tu mają ciało świętej, niechaj duch jej unosi się gdzie indziej...?

Na spotkanie z duchem świętej Rity udajemy się więc do odległej o pięć kilometrów Roccaporeny - miejsca, w którym przyszła na świat i spędziła pierwszą, świecką połowę życia. Tu faktycznie jej ducha wieje z mocą halnego (albo raczej tramontany - to przecież Włochy). Bez przesady można powiedzieć, że wszędzie jej pełno - ale do szczegółów przejdziemy za moment, na razie skupmy się przez chwilę na samej miejscowości.

Roccaporena jest mikroskopijną wioseczką położoną siedemset metrów nad poziomem morza, wciśniętą w kotlinę otoczoną wieńcem porośniętych lasem skalistych zboczy. W najdłuższym swym miejscu nie przekracza pięciuset metrów, a liczba jej mieszkańców oscyluje wokół siedemdziesięciu kilku. Istnieje nieprzerwanie od średniowiecza. Do Roccaporeny najlepiej  przyjechać poza wszelkim sezonem - na przykład w marcu, gdy w Umbrii niepodzielnie już rządzi La Primavera, a większości populacji naszego globu jeszcze ani w głowie wakacyjne (bądź pielgrzymkowe) wojaże. Infrastruktura w stanie uśpienia (na dobre ożyje na początku maja), wszędzie ascetyczna pustka i błoga cisza - cudnie!

Głosy i obrazy

Cisza w Roccaporenie wprost dzwoni w uszach. Jeżeli akurat nie przerywa jej łoskot kamieni staczających się z pobliskich wierchów. Czasami nawet je widać: "najpierw - powoli - jak żółw - ociężale" potężny głaz się osuwa ospale, by po krótkiej chwili jak piłeczka w podskokach to wypryskiwać spomiędzy krzaków, to znów znikać w gęstwinie, i wreszcie wzniecając tuman kurzu, finiszować u podnóża, gdzie zatrzyma go ochronna siatka. Fascynująca zabawa: siedzieć i obserwować te kamienie, czekając, aż któryś wreszcie przeskoczy ogrodzenie i wyląduje na dachu parkujących tuż pod nim aut. ale tak się nie stanie - zbyt powszechne to w tych stronach zjawisko, aby zastosowane zabezpieczenia nie były skuteczne.

Porzucam więc niezdrową "mineralogię", by zasiadłszy w cieniu arkadowego portyku kościoła stanowiącego serce tutejszego sanktuarium świętej Rity, oddać się medytacji, i po chwili - wzorem wieszcza - "w takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z"... przeszłości. A przy odpowiedniej dozie skupienia można też wiele zobaczyć.

Widzę małą Ritkę, jak biega z innymi dziećmi po głównym placu wioski. widzę pannę młodą w wytwornej sukni, jak wsparta na ramieniu Paola Manciniego wkracza do kościoła. Tradycja maluje go jako zwyrodnialca, jednak nowsze badania źródeł każą zrewidować ten pogląd - owszem, do anioła pewnie było mu dość daleko - wygląda jednak na to, że nie odbiegał zanadto od standardów epoki. Muszę przyznać, że ta sprawa zawsze wydawała mi się podejrzana. Rita nie wyszła wszak za mąż wiedziona nieokiełznanym romantycznym uczuciem - jej czasy nie znały podobnego nonsensu - lecz za wiedzą, zgodą i błogosławieństwem rodziców (ba, to przecież oni skłonili dziewczynę do małżeństwa, ignorując widoczne u niej od bardzo wczesnego wieku powołanie zakonne). Prawda, że kuleje w tym logika? Którzy rodzice oddaliby swą długo oczekiwaną, wymodloną, wykształconą i wypieszczoną jedynaczkę w łapy prymitywnego brutala?

Nie oznacza to jednak bynajmniej, że mąż nie przyczyniał swej świątobliwej żonie zgryzoty. Uwikłamy w rozgrywki polityczne (albo mafijne - co na ziemi włoskiej nierzadko na jedno wychodzi i od wieków wiąże się ze sztyletem i trucizną), nieraz bywał wzywany do mokrej roboty. I razu pewnego nie wrócił.

A jego synowie, jako prawi "goodfellas", mieli go przykładnie pomścić - jak nakazywał odwieczny, głuchy na głos Kościoła obyczaj "faidy"...

W ciszy surowej alkowy regularnie rozbrzmiewa:
- Padre nostro, che sei nei cieli...
Spowita w czerń wdowa na kolanach przy kamiennym łożu modli się o rychłą śmierć synów.

Ten element bogatego życiorysu świętej Rity najmocniej szokuje. zwłaszcza współczesne mamusie z zachwytem akceptujące najdziksze ekscesy swych rozwydrzonych synusiów. Nieszczęsne owe kobieciny (wcale nierzadkie również w kręgach katolickich) nie kochają swoich dzieci nawet w jednej setnej tak mocno jak ona kochała Giangiacoma Antonia i Paola Marię. Czegóż bowiem bardziej można pragnąć dla ukochanej osoby niż jej wiecznego zbawienia? Widząc, że nie przeważy presji ze strony rodziny męża natarczywie domagającej się od chłopców dopełnienia krwawej wróżdy, Rita zaczęła prosić Pana, aby uniemożliwił im wzięcie na swe sumienia mordu. Ojciec Niebieski docenił matczyny heroizm i wysłuchał jej modlitw - wkrótce obaj synowie zapadli na dezynterię, wskutek czego ich dusze opuściły ten świat nieskalane śmiertelnym grzechem.

Nic nie zostało jej oszczędzone - czyż więc można się dziwić, że właśnie ona, która tyle razy w życiu zderzyła się z murem beznadziejności, otrzymała łaskę skutecznego orędownictwa w sprawach beznadziejnych?

Nie szkodzi, że nowe

W Roccaporenie, zwłaszcza w stanie zadumania, nietrudno o odczucie, iż czas się zatrzymał. Ale to złudne wrażenie. Świętej Rity nie pamięta tu bodaj żaden budynek, chyba nawet kościół Świętego Montana, sięgający wprawdzie swymi początkami XIII stulecia, jednak w ciągu wieków wielokrotnie przebudowywany. Niebagatelny wpływ na wygląd całej miejscowości wywarło silne trzęsienie ziemi, które nawiedziło okolicę w roku 1599, burząc przytłaczającą większość zabudowań.

W takim kształcie, w jakim ją dzisiaj można podziwiać, Roccaporena istnieje zaledwie od kilkudziesięciu lat. Wszystkie obiekty związane z życiem świętej Rity są w mniejszym lub większym (czasami wręcz stuprocentowym) stopniu dwudziestowiecznymi rekonstrukcjami (nawet bitą drogę, którą dziś możemy tu dotrzeć samochodem, wytyczono dopiero w roku 1950).

Ciekawe, że w niczym nie ujmuje to Roccaporenie jej niepowtarzalnego uroku...

za: Jerzy Wolak, Tu wykuwała się świętość, w: Polonia Christiana nr 56 (maj-czerwiec) 2017, s. 76-79.