M. Jakimowicz, Na kłopoty Małgośka

W filmie „Jasminum” mnisi pachnieli czeremchą, wiśnią i śliwą. We włoskiej Cascii siostry zatykały nosy. I nawet przez myśl im nie przeszło, że tłumy będą nazywały ukrytą na końcu korytarza mniszkę Świętą od Róż.
Jej wizerunek spotykam na każdym kroku. Na straganach w zalanym słońcem Guadalupe obrazki leżały obok Indianina Juana Diego. W Betlejem tuż przy oliwkowych wołkach i osiołkach i wizerunkach brodatego Charbela z Libanu. W Portugalii podpierały figurki Maryi, która ukazała się w dolinie Cova da Iria. W większości włoskich kościołów, do których zaglądałem przed miesiącem, zauważyłem spore figury „świętej trójcy”: Antoniego z Padwy, brodatego Stygmatyka z Pietrelciny i stojącej między nimi mniszki z wbitym w głowę cierniem. Rita nie tylko w Italii wygrywa od lat w rankingach świętych.

Małżeństwo – męczeństwo

Urodziła się w Roccaporena niedaleko Cascii. Na chrzcie otrzymała imię Małgorzata, a ponieważ Małgosia to po włosku Margarita, my znamy ją jako Ritę. Wyszła za mąż już jako 12-latka. Choć od dzieciństwa z tęsknotą spoglądała na pobliski klasztor augustianek, była posłuszna rodzicom i zgodnie z ich życzeniem poślubiła Paola Manciniego. Był cholerykiem. Miał niesłychanie trudny i wybuchowy charakter. Nic dziwnego, że narobił sobie w Umbrii bardzo wielu wrogów. Biografia z 1628 roku określa go jako „męża szorstkich obyczajów”, a Leon XIII w czasie uroczystości kanonizacyjnej stygmatyczki wyjaśniał: „Wydawał się dobrym i przyzwoitym człowiekiem, lecz wystarczyło tylko kilka dni małżeństwa, aby stał się zupełnie inny. Nie tylko nie poświęcał uwagi Ricie, ale jeszcze znęcał się nad nią tak niegodziwie, iż wydawała się, że żyje w męczeństwie, a nie w małżeństwie”.

Przez lata kobieta cierpliwie znosiła styl życia męża, a ten łagodniał pod jej wpływem. W 18. roku ich małżeństwa został zamordowany. Być może padł ofiarą krwawej wendetty w trwającej wówczas wojnie gwelfów i gibelinów – stronnictw politycznych rywalizujących o wpływy we Włoszech. Tuż przed śmiercią przyjął do serca Jezusa i przebaczył mordercy. Dwaj nastoletni synowie Jan Jakub i Paweł Maria zapłonęli gniewem i postanowili pomścić ojca. Matka, która próżno starała się nakłonić synów do zmiany planów, zaczęła prosić Boga, by ich powstrzymał. Desperacko błagała, by raczej ich zabrał, jeśliby mieli splamić się krwią. Radykalna prośba została wysłuchana, a jej niespełna dwudziestoletni synowie zmarli niebawem z powodu zarazy, jaka nawiedziła Umbrię. Matka zdołała ich jeszcze skłonić do żalu za grzechy za zbrodnię, jakiej chcieli się dopuścić.

Została sama. Miała 36 lat. Powróciła myśl o wymarzonym klasztorze. Konwent augustianek, do którego zapukała, nie przyjmował jednak wdów. O tym, jak w końcu znalazła się za klauzurą, zaczęły krążyć legendy. Została mniszką augustiańską i za murami spędziła 40 lat. Choć należała do grona sióstr wykonujących najcięższe pace, nigdy nie słyszano z jej ust słowa skargi.

Straciła przytomność

Przeorysza miała problem. Gdy papież ogłosił rok 1450 jubileuszowym i augustianki z Cascii wybierały się do Rzymu, Rita zawołała: „Jadę z wami!”. Przeorysza chętnie wysłałaby do Wiecznego Miasta tę pobożną mniszkę, gdyby nie jedna delikatna rzecz: stygmat. Pojawiła się przed 7 lat, w czasie wielkopiątkowych rekolekcji. Rita błagała Pana, by mogła zjednoczyć się z Nim do tego stopnia, by odczuć ból choć jednego z cierni Jego korony, gdy nagle jeden z gipsowych kolców krucyfiksu odłamał się i uderzył ją w sam środek czoła. Ból był potworny. Mniszka straciła przytomność. Nazajutrz rana powiększyła się, zaczęła ropieć i, co okazało się największym problemem, wydzielać odrażającą woń.

W filmie Kolskiego „Jasminum” mnisi pachną czeremchą, wiśnią i śliwą. A w zalanej słońcem ukrytej w Umbrii Cascii? Siostry zatykały nosy. Samotna stygmatyczka zamieszkała na końcu korytarza. Była uparta: „Pojadę do Rzymu”, Bóg zainterweniuje” – przekonywała. Przełożona była się jej sprzeciwić. Zbyt dużo wcześniej widziała. Pamiętała świetnie, jak Rita zapukała tu po raz pierwszy i ... odeszła z kwitkiem. Nie byłą dziewicą, miała za sobą małżeństwo. Odsyłano ją wiele razy, aż nagle zaskoczone siostry znalazły ją... w środku kaplicy. – Przyprowadzili mnie tu święci Jan Chrzciciela, Augustyn i Mikołaj – wyjaśniła Rita. Zdumione mniszki nie wiedziały, co odpowiedzieć.

Albo ta historia z kawałkiem suchego jak wiór drewna...  Przeorysza, chcąc upokorzyć nową mniszkę, kazała jej podlewać go rano i wieczorem. Rita była posłuszna. Siostry do dziś pamiętają zdumienie i wstyd, jaki przeżyły, widząc, że kawałek drewna wypuścił pączki, zakwitł i wydał wspaniałe winogrona. A teraz ten Rzym... Mniszki już zbierały się do drogi, gdy nagle zdarzył się cud (który? przestały już liczyć). Stygmat zniknął. Pozostał tylko ból, ale ten nie sprawiał przecież siostrom kłopotu. Przeorysza umieściła Ritę na czele delegacji. A ta, gdy zakonnice martwiły się, czy starczy im pieniędzy na drogę, wyrzuciła wszystkie oszczędności do potoku. Wprawdzie po drodze niczego mniszkom nie zabrakło, ale powiedzcie szczerze: jak tu wytrzymać z taką siostrą?

Przeczuwają, że coś się święci

Nie pozostały po niej żadne notatki, zapiski, hymny. Historiografowie nie odnotowali ani jednego słowa, jakie wyszłoby z jej ust. Najwięcej dowiadujemy się o niej z akt procesu beatyfikacyjnego z roku 1626. Nie reformowała zgromadzenia, nie wychodziła na zewnątrz klasztoru, by z prawdziwie włoskim temperamentem godzić ze sobą wielkich tego świata. Co o niej wiemy? Jezus stał się jej bliźnim, czyli dosłownie, „bliskim ze względu na blizny”. Przylgnęła do Ukrzyżowanego. Aż 15 lat spędziła w odosobnieniu ze względu na przykrą woń, jaką wydzielała rana. Zagoiła się tylko raz, w czasie podróży do Rzymu, ale po powrocie odnowiła się. Siostra pielęgniarka bała się wejść do celi Rity. Zapach był nie do zniesienia. Gdy stygmatyczkę odwiedziła kiedyś jej kuzynka, Rita poprosiła: „Przynieś mi z ogrodu różę”. „Teraz?” W środku grudnia? Kuzynko, ty majaczysz” – przeraziła się kobieta. Po chwili jednak wyszła do jałowego, zmrożonego ogrodu i wróciła, ściskając w ręku pachnący kwiat. W czasie kolejnej wizyty (również w zimie) Rita miała poprosić kobietę o przyniesienie dwóch fig z jej ogrodu. I tym razem prośba została spełniona.

Gdy 22 maja 1457 roku stygmatyczka zmarła (o dacie śmierci powiedział jej wcześniej Jezus), jej cela, omijana dotąd szerokim łukiem, napełniła się światłem i ... cudownym zapachem.

Tuż po śmierci za wstawiennictwem mistyczki zaczęło dziać się mnóstwo cudów. Kult stygmatyczki rozprzestrzenił się na całą Italię. Dziesięć lat po śmierci niezniszczone zwłoki Rity zostały przeniesione do klasztornej zakrystii i złożone w ozdobnym sarkofagu. Ciało pozostało giętkie i do dziś zachowało się w doskonałym stanie. A mieszkańcy Cascii twierdzą, że gdy ma się zdarzyć kolejny cud, ciało zaczyna pachnieć różami. Przeczuwają, że coś się zacznie święcić...

W 1627 roku papież Urban VIII ogłosił Ritę błogosławioną, a 112 lat temu została kanonizowana przez Leona XIII. W Polsce doczekała się specjalnego nabożeństwa. Każdego 22. dnia miesiąca wierni gromadzą się w potężnym kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie. Po Mszy św. odprawiane jest nabożeństwo, w czasie którego odczytywane są prośby zanoszone przez wiernych do stygmatyczki. „Przychodzi z pomocą w rzeczach, które – sądząc po ludzku – są niemożliwe” – wierzą.

Wstyd. Nawet tego nie wiesz?

Jeśli w ławkach naszych kościołów znajdziemy wyblakłe ksero lub pachnący drugim obiegiem maszynopis, będzie to najczęściej modlitwa do Judy Tadeusza lub św. Rity. Niestety, te drukowane własnym sumptem przez pobożne kobieciny karteczki bardzo często kończy zdanie: „Jeśli nie odmówisz tej modlitwy, to...”. I tu następuje mrożąca krew w żyłach wyliczanka, przy której odpadnięcie z EURO kadry Franciszka Smudy jest jedynie najmniejszą z dolegliwości. Takie oddolne duszpasterskie akcje na kilometr pachną zabobonem i nie mają nic wspólnego ze zdrową pobożnością. Przypominają teologię bankomatu: „Wystarczy wstukać PIN: ko-ro-nka ró-ża-niec albo świę-ta Ri-ta i gotowe”. Zamknięta w swej celi, omijana szerokim łukiem mistyczka nie handlowała z Bogiem. Oddała mu się w całości.

To skuteczna święta – odpowie wielu. I będą mieli pewnie rację. Tyle że przykładanie do królestwa niebieskiego schematu linii produkcyjnej i wykresu osiągnięć Wincentego Pstrowskiego jest trochę nie na miejscu. Przypominam sobie, co na temat skuteczności modlitwy opowiadał mi o. Joachim Badeni: - Ja nie mam świadomości wymodlenia czegokolwiek. Jestem po linii mistrza Ekharta. On jest coraz bardziej popularny. Jeszcze niedawno niektórzy pytali: „Ekhart? To jakiś motocykl czy środek do prania?”, a dziś, na szczęście, młodzi go czytają. I dobrze. On uważał, że mamy otworzyć się tylko na wolę Bożą, a nie proponować jej treści. Nie mogę uzależniać mojej wiary od tego, czy Pan Bóg znajdzie mi dobrą żonę. Mam taką znajomą, która wyszła za mąż po długiej modlitwie i litaniach. Ima jak najgorszego męża. Trudno gorszego znaleźć. Na szczęście nie utraciła wiary... Gdy zostałem dominikaninem, to rodzina pytała się: „Słuchaj, uczysz się tej teologii, to powiedz nam, jaka jest najskuteczniejsza, niezawodna modlitwa?”. A ja mówię: „Ciociu, nie wiem”. A ona: „Wstyd. Nawet tego nie wiesz?”. Zobaczmy: przecież taka modlitwa pachnie magią. Modlę się o coś, a jeśli „nie chwyci”, to co? Przestanę się modlić? Trzeba zaufać Panu Bogu – to wszystko. A tak to: dziewięć pierwszych piątków „nie działa”, Rita i Juda Tadeusz też „nie zadziałali”, zaczynam więc chodzić po znajomych i wpadam w jakieś „łańcuszki modlitewne”. A tam trzeba uważać, bo jak jednego dnia przegapię modlitwę, to wszystko przepadło...